Dzień 99

Koronacja

by Lord Vanir

Tego poranka przebudziłem się z ostrym bólem głowy i przeraźliwą suchością w ustach. Po kolejnej magicznej kuracji byłem jednak w stanie bezpiecznie zjeść śniadanie. Na szczęście, pochłaniając łapczywie ostatnią łyżkę jajecznicy doznałem olśnienia! A co gdyby potraktować klątwą istotę, która nie pije wody!? Przywołałem Jehssaila i nakazałem mu, by pobiegł do miasta i sprowadził do mnie emisariusza z Ulgorath, dumnego przedstawiciela gatunku - i w tym właśnie tkwiło sedno - żywiołaków ognia! Muszę przyznać, że byłem na siebie trochę zły, że nie wymyśliłem tego wcześnie - ISTOTY OGNIA NIE MUSZĄ PIĆ WODY! Przecież to takie oczywiste!

Azer wraz ze swoją świtą zapukali do mych drzwi zaledwie kilkanaście minut później. Przywdziałem więc maskę dostojeństwa godną przyszłego lorda i przedłożyłem mu moją propozycję - miał przeczytać pergamin i zabrać ze sobą klątwę. W zamian zażądał pomocy w pielęgnowaniu przyjaznych stosunków między Gothą, a jego podziemną ojczyzną. Oczywiście zgodziłem się - sam i tak zamierzałem opowiedzieć się za suwerennością Ulgorath - i pokazałem dyplomacie przeklęty kawałek papieru. Uczucie ulgi jakie ogarnęło moje ciało było nie do opisania. Emisariusz początkowo tylko lekko się skłonił i skierował się do drzwi, jednak dopiero w kontakcie ze śniegiem zrozumiał powagę swojej decyzji. Podczas gdy jego przyboczni ponieśli go półżywego w kierunku karczmy Azer odwrócił głowę i spojrzał w moje okno. “Za Ulgorath!” - wyczytałem z ruchu jego ust. W ten sposób zyskałem nieco więcej szacunku do ognistego plemienia. Wtedy nie wiedziałem, że ten dzień miał jeszcze nie raz pokrzyżować moje misterne plany.

Po południu w drzwiach mego domu niespodziewanie zjawiła się moja najdroższa Anvarcia. “Jaśnie oświecona” elfka chciała omówić plany na dzisiejszy wieczór. Zasiedliśmy w moim salonie, ale gdy Jehsail nalał nam wina poczułem dziwaczną wibrację w okolicach przeklętej blizny. W tym samym momencie z dworu, od strony karczmy doleciało do nas szaleńcze zawodzenie. Głos wydał mi się znajomy, a serce zabiło mi znacznie szybciej. Wypadłem na zewnątrz ale dopiero w połowie ulicy dostrzegłem źródło całego zamieszania.

JARIK! PIEPRZONY JARIK!

Ten głupiec z jakiegoś powodu postanowił zaprosić mojego dobrodusznego emisariusza na spacer po śniegu! Nie zdążyłem nawet dobiec do krawędzi placu gdy azer rozsypał się w popiół. W tym samym momencie poczułem drobne eksplozje bólu na wszystkich odsłoniętych fragmentach ciała. Klątwa powróciła, a ja stałem teraz w prostym odzieniu, w samym środku śnieżycy. Instynktownie wyszeptałem słowa zaklęcia i teleportowałem się z powrotem do mojego salonu. Kątem oka zobaczyłem jeszcze dziwaczną, wężowatą kreaturę wyłaniającą się ze szczątków azera, ale w tamtym momencie nie mogłem zrobić niczego więcej. Po drugiej stronie portalu czekała już na mnie Anvara. Streściłem jej ostatnie wydarzenia posyłając jednocześnie Lokiego by sprowadził do mnie Jarika.

Po niespełna godzinie krasnolud stanął na mym progu w towarzystwie pozostałych towarzyszy. Oczywiście zwymyślałem go gdy tylko przestąpił przez drzwi, ale jak zwykle jego dziwaczna moralność wzięła górę nad dyskusją. “Jo niy wiedzioł! Jo niy chcioł” - tak mniej więcej brzmiały jego wyjaśnienia. Czułem się jakbym rozmawiał ze ścianą - zresztą, nie byłem daleki od prawdy. Ostatecznie zamknęliśmy temat MORDERSTWA emisariusza, bo do drzwi pukał właśnie Jehssail, w towarzystwie schwytanego przygłędy. Od razu kazałem wpakować go do piwniczki i związać. Na szczęście potrafił czytać więc już po chwili ponownie poczułem ulgę od klątwy. Zamykając klapę od piwnicy poczułem niezrozumiałe ukłucie w sercu… Jednakowoż, w tamtym momencie miałem ważniejsze sprawy na głowie. Zbliżał się wieczór, a ja musiałem dobrze wypaść przed śmietanką tego miasta. Wszak pierwsze wrażenia robi się tylko raz.

O “zmroku” opuściłem wreszcie dom i powolnym krokiem ruszyłem w kierunku zamku. Szedłem w ciszy, skryty pod połami płaszcza, trzymając się mniej uczęszczanych uliczek. Wybrałem tą drogę ponieważ, w taki wieczór nie chciałem przemieszczać się przez miasto dziwaczną karocą Veksandera… Ale chyba też w tamtym momencie, po prostu chciałem być sam. Nie wiedzieć czemu wciąż biłem się z myślami - nadal nie mogąc pogodzić się z wydarzeniami ostatnich dni. To wszystko działo się za szybko, a ja czułem się coraz bardziej rozdarty - jakby ktoś powoli wbijał igły w moje serce... Ale nie mogę się poddać! Przetrwam to i odniosę zwycięstwo! Zrobię to... Dla Ciebie…

W końcu dotarłem na miejsce i wmieszałem się w zgromadzony tłum “szlachciców” ze środkowego pierścienia. Moi towarzysze dołączyli do mnie wkrótce. Muszę przyznać, że poczucie stylu co poniektórych wprawiło mnie w osłupienie. Szczytem był chyba Veksander z namalowanym na piersi krawatem. Ehh…

W centralnym punkcie sali siedzieli Lordowie z Loży. Lord Evans jak zwykle pośrodku, spoglądał na salę z wyrazem lekkiego znudzenia. Alistar siedział u jego boku, zgarbiony i blady jak ściana. Był tam też nieokrzesany Dragan oraz milczący Malakar i Darius - który jak dowiedzieliśmy się ostatnio - był zapewne impostorem podstawionym przez Vortarixa - prawdziwy Dragan ukrywał się przecież w kanałach. W końcu, gdy każdy z gości miał już w swych dłoniach kieliszek wina, Evans wstał ze swojego siedziska. Wampir zmierzył zebranych wzrokiem, po czym zastukał w swoje szklane naczynie, które w jego przypadku wypełniła zapewne krew. Na sali zapanowała cisza i nastał wreszcie moment mojego triumfu. Nigdy nie zapomnę wyrazów twarzy Jarika, Thalendila, Veksandera i Train gdy ja i Anvara zostaliśmy ogłoszeni NOWYMI LORDAMI GOTHY! Krótka ceremonia “koronacji” zakończyła się błogosławieństwem Fidlestyksa, po której mogłem wreszcie zasiąść na tronie… MOIM TRONIE! Wtedy poczułem, że wreszcie coś mi się udało! Prawdziwa praca nareszcie miała się rozpocząć!

Bankiet był całkiem przyjemny choć dosyć ponury - jak przystało na salę balową w wampirzym zamczysku. Niektórzy z moich “towarzyszy” postanowili popsuć mi tę wyśmienitą okazję próbując podkopać moją reputację wśród zgromadzonych możnych. Na szczęście zwyczajna hiena cmentarna w osobie Tran nie mogła równać się z moją ogładą i prezencją, dzięki czemu wszystkie plotki zostały skierowane z powrotem do źródła… Poza tym okazało się, że stary Thalendil zaczął węszyć tam gdzie nie trzeba i przed przyjściem na bal padł ofiarą tej samej klątwy, która spędzała mi sen z powiek przez ostatnie doby. I chuj! Dobrze mu tak - zarozumiały mądrala dostał to na co zasłużył! Ale oczywiście zawsze może prosić wielmożnego Lorda Vanira o pomoc - może zechce mu jej udzielić… Hahaha!

Gdy zabawa powoli zaczynała się rozkręcać, a ja sam tańczyłem właśnie z piękną Ivonell, stała się rzecz niezwykła. Światła przygasły, ziemia zatrzęsłą się, a niebo przeszył nagły grzmot. W tym samym momencie na środku sali zmaterializowała się grupa ponad tuzina uzbrojonych po zęby elfów. W przypływie paniki odruchowo zmieniłem swój wygląd, czym wzbudziłem zdziwienie mojej partnerki. Jak się jednak okazało, to nie ja stałem celem owej grupy. Zdezorientowani długousi rozejrzeli się po sali, lecz zrobili się agresywni dopiero na widok Jarika. Ich przywódca coś krzyczeć, że ten “zapłaci za swoje zbrodnie!” - i wtedy nawet się z nim zgadzałem! Jarki zaczynał grać mi na nerwach! Jednakże po krótkiej chwili zastanowienia stwierdziłem, że nawet on nie zasługiwał na śmierć. W chwili gdy elfy rzuciły się do walki, a moi towarzysze i wampirza straż Evansa ruszyli by wyjść im naprzeciw, ja podbiegłem do cuchnącego krasnoluda i teleportowałem go na dziedziniec zamku. Kulturalnie zaproponowałem mu by kontynuował zabawę w karczmie - nie kłócił się - a sam wróciłem do własnej postaci i wolnym krokiem ruszyłem w drogę powrotną do sali bankietowej. Gdy wróciłem na miejsce konflikt był już zażegnany, a Anvarcia przekonała przywódcę elfów do złożenia broni. No proszę, nawet ona w rzadkich przypadkach potrafiła używać mózgu - kto by się spodziewał!?

Zbliżała się północ więc przyszedł czas na tradycyjny pokaz magii w wykonaniu Alistara. Wraz z pozostałymi gośćmi zebraliśmy się na szerokim balkonie zamku - na członków loży czekały oczywiście wcześniej przygotowane trony. Pod nami, na placu wisielca zgromadził się już tłum rozochoconej gawiedzi oczekującej na widowisko. Niestety stary mag w oczywisty sposób nie czuł się na siłach by dostarczyć widowni tego na co zasługiwała. Postanowiłem więc przejąć stery, by noworoczna zabawa nie okazała się całkowitą klapą. Korzystając z zaklęcia, które niedawno pozyskałem udało mi się wyczarować wspaniałego, kolorowego smoka, który zaczął krążyć nad placem wykonując powietrzne akrobacje ku uciesze gawiedzi. Tego co nastąpiło potem nikt nie potrafił przewidzieć…

Nagle złowrogi ryk rozdarł powietrze, a na niebie pojawił się kolejny smok - tym razem prawdziwy. Spowite szronem skrzydła straszliwego Mzuma załopotały nad placem, a po chwili bestia z łoskotem wylądowała na krawędzi balkonu, krusząc kamienną balustradę. Jaszczurzy pomiot wybełkotał coś w swoim plugawym języku i buchnął lodowym podmuchem w kierunku zebranych. Szlachta wpadła w panikę i rzuciłą się do ucieczki, a wampirza straż stanęła się do walki. Nim ktokolwiek zdołał się obejrzeć smok schwycił w swe szpony bezradnego Alistara. Walka trwała, a instynkt podpowiadał mi, by ocalić starego maga. Rzuciłem się więc w jego kierunku i chwyciwszy poły jego płaszcza wypowiedziałem słowo magicznego zaklęcia. Świat zawirował, a po chwili nasza dwójka zwaliła się na podłogę w komnacie Evansa. Czarodziej wreszcie oprzytomniał - spojrzał na mnie nieco bardziej skupionym spojrzeniem i nawet raczył mi podziękować.

Z zewnątrz jeszcze przez jakiś czas dobiegały odgłosy walki, a gdy wszystko ucichło powróciliśmy do sali bankietowej, gdzie czekali już pozostali członkowie Loży i moi towarzysze. Wspólnymi wysiłkami udało im się przegnać smoka, który powrócił w kierunku jeziora animy. Teraz, wraz z Anvarą zasiedliśmy przy okrągłym stole, by - po raz pierwszy - wziąć udział w nadzwyczajnym posiedzeniu Loży Lordów.

Nie będę tu opisywał pełnego przebiegu obrad, lepiej by niektóre fakty nie wyszły na światło dzienne. Tak czy inaczej podczas posiedzenia udało mi się pozyskać parę istotnych informacji i osiągnąć kilka drobnych zwycięstw. Po pierwsze udało mi lepiej zrozumieć motywację poszczególnych lordów i zidentyfikować potencjalnych przeciwników i sprzymierzeńców. Po drugie zdołałem zdemaskować fałszywego Dariusa - który zgodnie z moimi podejrzeniami okazał się doppelgangerem podstawionym przez Vrotarixa - i przywrócić prawdziwemu Dariusowi należne mu miejsce w Loży. Po trzecie ustanowiłem moich towarzyszy jako Egzekutorów Gothy - może w ten sposób będę mógł pohamować ich bardziej mordercze i anarchistyczne zapędy. I wreszcie po czwarte okazało się, że trawiąca nas klątwa to nie przelewki, a próba uzdrowienie Thalendila zakończyła się “zainfekowaniem” Ivonell. Tak czy inaczej obrady okazały się całkiem owocne.

Gdy nad ranem stanąłem wreszcie w progu mej sypialni padłam na łóżko jak kłoda. Natłok ostatnich wydarzeń wciąż odciskał na mnie wyraźne piętno. Nim pochłonął mnie błogi sen przez chwilę myślałem jeszcze o ostatnich wydarzeniach. Z jakiegoś powodu wciąż nie mogłem odrzucić od siebie wrażenia, że popełniłem błąd - choć sam nie wiedziałem kiedy…

Continue reading...

  1. Złe Gorszego Początki
    Dzień 0
  2. Iskierka w Ciemności
    Dzień 13
  3. Nieoczekiwani Sprzymierzeńcy
    Dzień 30
  4. Polowanie na Szpikolisa
    Dzień 37
  5. Mordercze Intencje
    Dzień 39
  6. Zniknięcie Henrego Jonesa
    Dzień 52
  7. Dzień Niepamięci
    Dzień 53
  8. Rytuał
    Dzień 66
  9. Przemyślenia o Naturze Istnienia
    Dzień 67
  10. W Potrzasku
    Dzień 68
  11. Zasłużony Odpoczynek
    Dzień 75
  12. Samotna Góra
    Dzień 89
  13. Szczere Wyznanie
    Dzień 94
  14. Skok w Otchłań
    Dzień 96
  15. Punkt Zwrotny
    Dzień 98
  16. Koronacja
    Dzień 99
  17. Rdzeń
    Dzień 107
  18. Koniec i Początek
    Dzień 114