Poprzedni tydzień upłynął mi na żmudnym wkuwaniu magicznych formuł i zagłębieniu się w tajniki wiedzy tajemnej. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia postanowiłem wreszcie podszlifować swoje zrozumienie magii, którego braki odczuwałem coraz dotkliwiej. W tym celu poprosiłem o pomoc Thane’a Malakara, a ten zgodził się zostać mym nauczycielem. Z jego pomocą zacząłem czynić szybkie postępy, tak że momentami byłem już nawet w stanie wyczuwać drobne fluktuacje animy. Jednak podczas dzisiejszej lekcji wydarzyło się coś dziwnego - podczas jednego z ćwiczeń, gdy byłem już bliski przełomu, naglę obaj wyczuliśmy niepokojącą anomalię. To było coś czego nie byłem wstanie wyjaśnić… Chociaż, nie do końca. W duchu czułem, że cokolwiek to było dochodziło głęboko spod ziemi.
Z zamyślenia wybudził mnie głos Malakara, który kazał mi podejść do okna. Za nim rozciągał się cmentarz, teraz upstrzony plamami dziwacznej, lekko świecącej biomasy. Postanowiłem zbadać tę sprawę, pożegnałem więc swojego nauczyciela i ruszyłem na zewnątrz. Gdy dotarłem na miejsce mogłem już w pełni ogarnąć skalę skażenia. Płyty chodnika, nagrobki i pnie pobliskich drzew pokrywała warstwa puszystej, niebieskawej pleśni. Jej kolejne ogniska zdawały się “wylewać” z drobnych pęknięć w zmarzniętej ziemi. W powietrzu zaś unosił się nieprzyjemny zapach stęchlizny. Mijając kolejne groby, w pewnym momencie usłyszałem stłumione odgłosy z jednej z pobliskich krypt. Ruszyłem w tamtym kierunku, gdy z zamyślenia wyrwał mnie nagły świt. Uchyliłem się odruchowo i w tym samym momencie fragment płyty chodnikowej przeleciał dosłownie trzy centymetry od mojej głowy. Odwróciłem się gwałtownie i dopiero teraz spostrzegłem bestie, która nagle wyrosła za moimi plecami. Paskudne, napęczniałe cielsko gigantycznego nieumarłego znajdowało się zaledwie kilkadziesiąt metrów ode mnie. Połowę jego gnijącego ciała pokrywała warstwa owej dziwacznej pleśni. Co gorsza poznawałem tego potwora - PIEPRZONY BAJOK! Jednogłowy ettin stał przede mną we własnej, plugawej osobie. Gigant zaryczał i zaczął bełkotać coś o zemście - najwyraźniej pamiętał, że przyłożyłem rękę do jego przeprowadzki na tamten świat. Nie zastanawiając się za wiele pobiegłem w kierunku krypty. Minąłem solidny kamienny łuk i obróciłem się na pięcie szykując ofensywne zaklęcie. Na szczęście zgodnie z moimi szacunkami monstrum było za duże by wejść do środka. Jedyne co Bajok mógł teraz zrobić to próbować skruszyć kamienne ściany, ale to okazało się czasochłonnym zajęciem. Uraczyłem go więc gestem środkowego palca i skierowałem się w głąb krypty skąd wciąż dochodziły niepokojące odgłosy.
W wewnętrznej komorze znalazłem nikogo innego jak moją drogą towarzyszkę Train, walczącą obecnie z jakimś groźnie wyglądającym nieumarłym. Od razu przypomniała sobie wydarzenia z bankietu koronacyjnego i paskudne plotki, które próbowała o mnie rozsiewać. Uśmiechnąłem się więc tylko na jej wołania o pomoc i patrzyłem jak szponiasty ghast dobiera jej się do skóry. Oczywiśnie nie życzyłem jej śmierci, chciałem tylko żeby dostała za swoje. Dlatego gdy tylko zobaczyłem, że kostucha zajrzała jej w oczy podszedłem nonszalancko i wyteleportowałem nas na zewnątrz. Jak się okazało na miejsce dotarł już Jarik, który właśnie kończył rozprawiać się z Bajokiem. Krasnolud uleczył Train i razem ruszyliśmy w kierunku twierdzy Anvary, by się przegrupować.
Po drodzę zauważyłem, że Jarik nie ma przy sobie młota, który ofiarowała mu Anvara - tego samego, którego szukał od tak dawna. Gdy opowiedział mi co się z nim stało stanąłem jak wryty i przez dobre kilka chwil nie potrafiłem wypowiedzieć nawet jednego słowa. PIEPRZONY GŁUPIEC! Jak się okazało ten debil oddał młot wisielcowi, który po jego otrzymaniu przeistoczył się w nieumarłego rycerza i zdezintegrował z tuzin strażników przed opuszczeniem miasta. Zabrakło mi słów! Czy ten Jarik naprawdę nie ma w sobie krzty moralności!? Chociaż teraz, im dłużej o tym myślę, tym bardziej obrót spraw wydaje mi się korzystny. Nieumarły palady pragnący za wszelką cenę zniszczyć Evansa może stać się przydatnym asem w rękawie. Tak czy inaczej, będę musiał go wkrótce odnaleźć i szczerze z nim porozmawiać.
Gdy dotarliśmy do twierdzy, na miejscu zastaliśmy świeże ślady walki. Jak się okazało w jednej z komnat zmaterializował się niewielki oddział krasnoludów, który zaatakował Anvarę i Thaylanara. W tym samym momencie Thalendila zaatakował nothic, próbujący wykraść jakiś przedmiot z jego pracowni. Oczywiście nasi elfi towarzysze przy wsparciu Veksandera dość sprawnie poradzili sobie z intruzami. Mi za to udało się przesłuchać denatów z pomocą mojego nowego zaklęcia. Niestety nie dowiedzieliśmy się niczego czego i tak byśmy się już nie domyślali - Tutrok wraz ze swoją armią szalał w królestwie elfów, a sam konflikt nabierał tempa. Pogratulowałem Jarikowi rodzeństwa, po czym pozwoliłem strażnikom zabrać ciała poległych do kostnicy.
Następnie gdy zostaliśmy wreszcie sami, postanowiłem przeprowadzić poważną rozmowę z moimi towarzyszami. Świat wokół nas zmieniał się coraz szybciej, nasi wrogowie rośli w siłę, a my nadal działaliśmy przeciwko sobie. To musiało się zmienić jeśli mieliśmy przetrwać to co nadchodziło. Na szczęście i tym razem moja elokwencja mnie nie zawiodła! Udało nam się dojść do porozumienia i wyznaczyć wspólny cel, ale do jego realizacji czekała nas jeszcze daleka droga. Przede wszystkim potrzebowaliśmy zrobić porządek z nieprzewidywalnym Alistarem. Potrzebowaliśmy też zgromadzić znacznie więcej animy, a do tego potrzebny był nam ktoś doświadczony - na myśl od razu przyszedł mi Faralas, który był ponoć przetrzymywany gdzieś w podziemiach przez jakieś świadome grzyby. Widząc oczywiste powiązanie, na pierwszy ogień postanowiliśmy wziąć rozwikłanie sprawy tajemniczej pleśni. W tym celu mieliśmy ponownie udać się na cmentarz i zbadać tajemnicze wejście do podziemi, które otworzyło się w krypcie Train. Przedtem jednak postanowiłem odłączyć się od drużyny i udać się na spotkanie z Evansem, by zabezpieczyć nasze przyszłe interesy.
Na miejscu zastałem gospodarza w towarzystwie Alsitara. Stary czarodziej czuł się już zauważalnie lepiej, ale chyba nie wystarczająco, żeby cokolwiek podejrzewać. Telepatycznie zasygnalizowałem Evansowi, że pragnę porozmawiać z nim na osobności. Wampir zgodził się, po czym opuścił pomieszczenie, prosząc bym niepostrzeżenie dołączył do niego w jego komnatach. By uśpić czujność Alistara postanowiłem do niego zagaić, a przy okazji wyciągnąć kilka przydatnych informacji. Jako że domyślałem się, że źródło grzybowej plagi znajduje się pod ziemią postanowiłem wypytać czarodzieja właśnie o to. Stary mag okazał się bardziej przydatny niż się spodziewałem. Z pomocą swojej magii pokazał mi przekrój miejskich podziemi, kawałek po kawałku. Labirynty jaskiń i tuneli rysowały się i zanikały ustępując kolejnym w miarę jak zagłębialiśmy się coraz bardziej w czeluści ziemi. Wreszcie, w głębinach ukazała nam się dziwaczna, nieprzenikniona sfera - czarodziej nie był wstanie zidentyfikować co było w środku, jednak ja wiedziałem, że to zapewne to czego miałem szukać. Bogatszy o nowe informacje, skinąłem mu na pożegnanie i opuściłem pomieszczenie.
Komnatę Lorda Evansa oświetlało ciepłe światło kilku strategicznie rozłożonych świec, a w powietrzu unosił się metaliczny zapach. Czerwone tęczówki gospodarza połyskiwały w lekko w zacienionym kącie, w którym przysiadł. Postanowiłem od razu przejść do sedna i sprzedać mu historyjkę, którą wcześniej przygotowałem. Powiedziałem, że pragnę posiąść moc animy, a następnie wrócić do starego świata jako bóstwo u jego boku. Wyjawiłem mu wszelkie knowania Alistara i przestrzegłem wampira by miał na niego oko. Informacje, które mu przekazałem oraz demonstrowana przeze mnie determinacja zaskarbiły mi jego aprobatę. Rozmowa poszła zgodnie z planem, choć opuszczając jego komnatę miałem jakieś natrętne przeświadczenie, że poszło mi jakoś za łatwo…
Gdy dotarłem na cmentarz, miejsce roiło się od porośniętych grzybami nieumarłych. Moi towarzysze czatowali przy wejściu - mieli rację, że poczekali. Gdy oni spierali się jak najlepiej będzie podejść do tematu, ja przestąpiłem granice nekropolii i wtedy dotarł do mnie obcy, chrapliwy głos. Było to głos grzybów - jakiegoś rodzaju świadomości zbiorowej, która przedstawiła się jako Boro. Szybko przekonałem go, że byliśmy jego sprzymierzeńcami i chcieliśmy zawrzeć sojusz jako królowie powierzchni. Boro wyjawił nam, że w podziemiach znajduje się jego ojciec Kos, którego Boro chce zgładzić - wszystko złożyło się idealnie. Przekonałem Boro, że pragniemy wesprzeć go w walce, więc już po chwili maszerowaliśmy przez podziemne korytarze w towarzystwie zagrzybionego oddziału, w głąb, ku naszemu ostatecznemu celowi.
Zatrzymaliśmy się w przedsionku groty, którą zamieszkiwał ów tajemniczy Kos. Pod pretekstem zwiadu wkroczyłem do środka w towarzystwie Anvary. Gdy potwierdziliśmy, że Faralas faktycznie jest przetrzymywany przez tutejsze grzyby, postanowiłem wykorzystać najstarsze zagranie z podręcznika oszustów. Nawiązałem kontakt z Kosem, przedstawiłem się jako jego sprzymierzeniec i poinformowałem go o planach Boro. Gdy w tunelach rozgorzała walka między dwoma grzybniami my wkroczyliśmy do centrum mykonidzkiej osady, by wspomóc Kosa, któremu przyobiecałem, że przesłucham jego więźnia i rozwiążemy kryzys, który rozgrywał się gdzieś w głębinach.
Faralas wyraźnie uradował się na mój widok. Krótka, telepatyczna wymiana zdań sprawiła, że pojąłem wreszcie prawdziwą skalę zagrożenia. W podziemiach znajdowała się ogromny rdzeń złożony z czystej animy, na którym parszywy Vortarix próbował położyć swoje oślizgłe macki. Nie miałem najmniejszych wątpliwości - musieliśmy się śpieszyć. Przekonałem Kosa by wyswobodził Faralasa i już po chwili przemierzaliśmy kolejne korytarze w towarzystwie osłabionego maga. Gdy dotarliśmy do głównej komory naszym oczom ukazała się ogromna, świetlista strefa, stanowiąca swoistą barierę przed magiczną kipielą, która gorzała w środku. Z pomocą Lokiego udało nam się ustalić, że wewnątrz panowała odmienna grawitacja, skierowana ku centrum gdzie znajdowała się kula animy. Byliśmy zmuszeni obmyślić plan działania - i to szybko. Dzięki zwiadowi Lokiego wiedziałem, że Vortarix jest już w środku i knuje coś naprawdę niegodziwego.
Zapytałem Faralasa czy zna sposób na zapanowanie nad zgromadzoną wewnątrz bariery animą i wlanie jej w inną istotę. Potwierdził, jednak dodał, że w obecnym stanie sam nie był wstanie tego zrobić. Mógł jednak ofiarować tę wiedzę Thalendilowi - kolega czarodziej wydał mu się najlepszym możliwym kandydatem. Gdy Faralas przekazał mu informacje potrzebne do manipulacji animą, poprosiłem Thalendila o rozmowę na osobności. W mojej głowie zaczął kształtować się plan - który miał znacząco przyśpieszyć osiągnięcie mojego głównego celu - ale do tego konieczna była kooperacja mojego elfiego towarzysza. Po krótkich namowach Thalendil zgodził się przelać animę wewnątrz przedmiotu, który mu podam. Czułem, że serce zaczyna bić mi coraz mocniej - początkowo myślałem, że dojście do tego punktu zajmie całe miesiące, jeśli nie lata… A jednak, jeżeli wszystko by się udało miałem cię odzyskać - odrodzonego i nie splugawionego żadna klątwą. Wkrótce znów mieliśmy być na prawdę razem!
To co działo się dalej pamiętam jak przez mgłę - nadal modlę się w duchu, żeby to wszystko nie okazało się snem. Wkroczyliśmy do wnętrza bariery i z pomocą magii opadliśmy do centrum. Tam pośród lewitujących kawałków skał zawieszonych ponad gigantyczną kulą animy stoczyliśmy walkę na śmierć i życie. Pod nami ziała straszliwa kosmiczna pustka wylewająca się z portalu, który Vortarix starał się otworzyć. Wewnątrz majaczyła sylwetka illithidzkiego okrętu, a poza nią w oddali nieubłagalnie zbliżało się gigantyczne cielsko nieziemskiego horroru - Hadar nadciągał i to we własnej osobie! Walka była zażarta i choć nie trwała długo zdawała się ciągnąć w nieskończoność. W końcu łeb illithida został oddzielony od reszty ciała, a jego bezwładny korpus poszybował w dół w czeluście portalu. Wtedy też Thalendil rozpoczął swoje dzieło - nadmiar animy zaczął powoli giąć się pod wpływem jego woli. Wtedy wiedziałem, że nadszedł właściwy czas…
Głuche kliknięcie oznajmiło separację mojej magicznej protezy. Cisnąłem metalową ręką w kierunku czarodzieja, a ten przechwycił ją bezbłędnie. Dodatkowe wyjaśnienie nie były potrzebne. W tamtym momencie poczułem jak zgromadzona we mnie adrenalina wreszcie zaczyna ustępować poczuciu wyczerpania. Moje ciało zamarło na chwilę, aż nagle targnęło mną szarpnięcie, gdy gigantyczna, obślizgła i nieludzka łapa pochwyciła mnie w swoje szpony. Czas zwolnił niewyobrażalnie. Słyszałem krzyki towarzyszy, czułem zaciskającą się pięść Hadara i wibracje pochodzące od ciosów Veksandera, który próbował odrąbać łapę kosmicznego horroru. W tamtym momencie, powinienem się bać, panikować, krzyczeć z bólu… Zamiast tego zastygłem w milczeniu, w tamtym miejscu, w tamtym momencie poczułem to… Znajome ciepło, nienazwany ładunek elektryczny rozchodzący się w powietrzu, zapach zwiastujący burzę… Widziałem jak smugi animy wirują wokół Thalendila i jedna za drugą są pochłaniane przez srebrzystą rękę, która zaczynała świecić własnym blaskiem. W końcu w głowie usłyszałem znajomy głos. On powrócił… HADALU WRÓCIŁEŚ DO MNIE!!!
Chciałem płakać, ale nie mogłem. Chciałem krzyczeć, ale moje płuca ściskała właśnie potężna dłoń pradawnego horroru. I wtedy do mnie dotarło - zrobiłem to! Odkupiłem swój najcięższy grzech! Wróciłeś, a ja… Chyba wreszcie byłem gotowy by ponieść karę za swoje uczynki. Zamknąłem oczy. Czekałem. Czekałem aż upiorna ręka wciągnie mnie w otchłań. Ale to się nie wydarzyło… Nagle poczułem, że chwyt się luzuje, puszcza. Padłem na ziemię. Łapa cofnęła się raniona mieczem barbarzyńcy. Portal się zasklepił, a Thalendil kończył właśnie formowanie warstwy ochronnej wokół rdzenia animy. Wszystko się skończyło. Wszystko ucichło…
Nie potrafię opisać momentu, w którym ponownie połączyłem się z moją zastępczą ręką. Miałem wrażenie, że śnię. Ty naprawdę wróciłeś! Czułem cię każdym centymetrem swojego ciała, każdym fragmentem mojej duszy. Gdy do mnie przemówiłeś nie potrafiłem odpowiedzieć. Łzy napełniły moje oczy. Ogarnęła mnie euforia, błogość, szczęście. Nie wszystko było stracone! Znów byliśmy razem! Świat stał przed nami otworem! Nie pamiętam drogi powrotnej na powierzchnię. Nie pamiętam jak znalazłem się z powrotem w domu. Teraz, gdy piszę te słowa, te uczucia nadal nie ustępują. Wciąż jednak czuję poczucie winy, jątrzące się gdzieś w głębi mojego serca. Poczucie, że lepiej by było gdybyś pozwolił mi tam umrzeć…